INDIE SIERPIEŃ 2006 Z Nepalu do Indii jedziemy niby turystycznym autobusem. Zapewniano nas, że po drodze kierowca nie będzie zabierał nikogo. Jeszcze ciągle się dajemy się nabierać. Aby dokładnie dotrzeć do granicy trzeba wziąć ryksze rowerową. Jest niemiłosiernie gorąco. Siedzimy w rykszy zdyszani i przytłoczeni słońcem. Ryksiarz natomiast nie przestaje pedałować. Ma na sobie tylko bawełnianą przepaskę na biodra. Próbuje do nas coś mówić, ale my nie mamy siły odpowiadać. Żal nam go bardzo. Ale on jest bardzo zadowolony, że nas wiezie, bo na pewno wystawił większą cena niż dla tubylców i może zarobi od nas dniówkę. Celnicy na granicy wydają się być nie zainteresowani niczym. Siedzą, na środku ulicy przy stole, jakby to była jakaś restauracja a nie biuro celne i graniczne. Nie podają kartek, długopisów tylko rzucają. Wydaje nam się to bardzo chamskie, ale przecież jesteśmy tolerancyjni i akceptujemy to, co przynosi nowy kraj. Witamy w Indiach. O ile w Nepalu panował brak organizacji ruchu ulicznego, tak w Indiach panuje wszechogarniający chaos. Często zastanawiam się jak nudne musiałoby być życie Hindusa w zorganizowanych państwach typu Stany czy Niemcy. Pojawiły się nowe obiekty na drogach. Wozy pchane przez woły i wielbłądy. Dziwne, ale taki konwój wozów i 20 wołów nie powoduje korka. Krów jest coraz więcej. Na granicy poznajemy podróżujących dwóch Chińczyków i Koreańczyka. Lepiej czujemy się w grupie. W Gorkapur koszmarem okazało się kupno biletów na pociąg. Kolejny problem to znalezienie odpowiedniego pociągu, wagonu. Cały czas jesteśmy obserwowani przez chmary Hindusów. W nieskrępowany sposób podchodzą, niemalże włażą na nas i się gapią. Koreańczyk okazuje się bardzo pomocny, był już w Indiach i mniej więcej wie jak się tu poruszać. Zabiera nas do jakiejś kanciapy tam coś zjedliśmy a potem wynajduje bar, w którym jestem oczywiście jedyną kobietą. Jedziemy. Udało nam się przespać na twardych pryczach w pociągu. Plecaki przywiązaliśmy do siebie i do rak, służyły nam też za poduszki. Docieramy wcześnie rano do Varanasi, jest jeszcze ciemno, zatem do świtu czekamy gdzieś miedzy tłumem ludzi. W Indiach dworce służą Hindusom też jako noclegowanie. Niezliczona ilość ludzi gnieździ się na małym skrawku ziemi. Leżą, śpią, siedzą. Potrafią tak godzinami siedzieć w jednym miejscu i tylko się przyglądać. Większość mężczyzn sika gdzie popadnie. Unosi się smród krowich gówien i ludzkiego moczu. Mdli mnie niemiłosiernie. Zakrywam twarz chustka, bo rzygałabym chyba nieprzerwanie. Jest nas pięcioro, wybieramy taksówkę. Jest to jakiś starodawny samochód marki Ambasador, co się potem okazało takimi też samochodami jeżdżą indyjscy politycy. Miasto się budzi. Krowy i psy zaczynają buszować po śmietnikach. Nietykalni ( ci, których się nie dotyka) tzn. ludzie z najniższej kasty zbierają krowie gówna, śmieci. Taksówkarz zawozi nas do hotelu, z którego ma prowizje za przywiezionych turystów. Buntujemy się i nie wychodzimy z Ambasadora. Kłócimy się też zaparcie, że ma nas zawieźć tam gdzie chcemy. W końcu docieramy do przytulnego hoteliku Shiva na starym mieście. Padamy ze zmęczenia. Kładziemy aparat, zegarki, książki na parapecie, jedynej półce w naszym pokoju. Rozwieszamy moskitierę i kładziemy się spać. Po chwili wbiega zakłopotany gospodarz i mówi żeby natychmiast wszystko zabrać z parapetu. Tuż za oknem mamy nie tylko Ganges, ale tez i bardzo rozochocone małpy.

3 sierpnia 2006 Bangkok ( Tajlandia) Bangkok. O tym mieście chyba po raz pierwszy usłyszałam w filmie Stanisława Barei ,,Zmiennicy’, a potem na długo w pamięci został mi Leonardo di Caprio z filmu „Plaża”. Migawki filmu zaczęły krążyć po głowie… Musiałam wziąć się w garść, bo zatłoczony dworzec omal nie pochłonął nas. Spokojne chwile w całonocnym pociągu, którym gnaliśmy przez półwysep malajski już musiały przejść do historii. Teraz nowe wyzwanie; odnaleźć się na mapie, następnie odszukać drogę do dzielnicy, w której rozpoczniemy pościg za tanim noclegiem. Już wiemy, że nie będzie trudno, pełno wokół nas blondynek i europejsko wyglądających twarzy. Wiedziałam, że Tajlandia to raj turystyczny dla Szwedów i Niemców, ale nie spodziewałam się wypielęgnowanych paniusiek i fircyków z dobrze pozapinanymi walizeczkami na kółkach. I dodatkowo taka swoboda w poruszaniu się i pewność siebie, dosłownie jakby byli u siebie. Cóż, w Tajlandii nie będziemy eksplorować (tu musimy być turystami). Zatem wszystko okazuje się tu dobrze zorganizowane, wszystko pod nas - białasów z Europy, jakbyśmy nigdy mapy w ręku nie mieli. Szybko dowiedzieliśmy się, że miejskim autobusem linii 21 dojedziemy na Kao San Road - dżungli hotelików i schronisk dla niskobudżetowców czyli tzw. backpakersow. Trafiamy na Kao San Road w sam środek dnia. Tłum nieprzeciętny, właściwie trudno określić kogo jest więcej miejscowych czy turystów. Od hoteliku do hoteliku. Chodzimy tak kilka godzin. Ulica nie jest wielka i długa, ale roi się na niej tysiące sklepików, barów, knajpek, hotelików, a w tym wszystkim dodatkowo stragan na straganie. Pseudomarkowe ciuchy, sprzęt, torebki, przewodniki, książki, dosłownie wszystko. Ceny minimalne. Dla niejednego europejczyka wszystko wydaje się „dosłownie za grosz”. Tylko, że jak się kupi kilkadziesiąt takich rzeczy to portfel i tak topnieje. Naganiacze prześcigają się w pomysłach na złapanie potencjalnego klienta. Specjalistami się sprzedawcy….garniturów. Ceny są śmieszne, fasony bardzo modne. To przezabawne. Kto przyjeżdża do Tajlandii żeby kupić garnitur? Okazuje się, że się mylę. Zadowoleni blond chłopcy wychodzą z tych sklepów z nie jednym garniturem, ale z całą gama kolorów i fasonów. Cóż. Znaleźliśmy pokój. Właściwie to się wchodzi od razu na łóżko. Wyobraźcie sobie pomieszczenie trzy metry na dwa, a tam tylko łoże. Zatem na tym łóżku, mamy wszystko: plecaki, buty, ciuchy. Moją uwagę przykuły haki powbijane do odrapanej ściany. Eureka! Czyli mamy już jak powiesić moskitierę i sznurek na mokre ciuchy i ręczniki. Szybki prysznic w korytku na piętrze dla 50 osób i idziemy zobaczyć, co kryje się więcej pod hasłem Bangkok. To miasto dżungla. Jest tyle atrakcyjnych, zróżnicowanych miejsc, że trudno jest się w tym mieście nudzić. Każdy znajdzie coś dla siebie. My oczywiście po za częścią obowiązkową, czyli pałacem królewskim i ważniejszymi świątyniami buddyjskimi, staraliśmy się zagubić w uliczkach tego kosmopolitycznego, ale na wskroś przesiąkniętego religią miasta. Tajlandia jest buddyjskim królestwem. Zwykłym widokiem na ulicach miast są spacerujący, modlący się mnisi w pomarańczowych bądź czerwonych habitach. Często trudno odróżnić chłopców od dziewcząt, ponieważ wszyscy mnisi muszą mieć ogolone głowy na tzw. „zapałkę”. Jeden z poznanych mnichów Lu, chętnie opowiada nam, że kiedyś, każdy chłopiec szedł albo do armii albo do klasztoru, teraz, co trzeci. Mnisi wybierają na jak długo chcą pozostać w świątyni. Czasami zostają na kilka miesięcy, czasami na kilka lat. Ważne jest to, że bycie mnichem daje możliwość kształcenia się. Pozostają w cieniu klasztoru, dając przykład innym do naśladowania. A teraz parę słów, czym jest buddyzm. To po prostu otaczająca nas rzeczywistość, a mnisi są po to żeby wyjaśniać tą rzeczywistość mówi Lu. Dla wielu, w Bangkoku jest to bardzo trudne. Na jednej ulicy stoją młodociane prostytutki, dla których przybywa masa turystów z Europy, a tuż obok mnisi kroczą zamyśleni. Buddyzm to także równowaga, aby osiągnąć równowagę trzeba mieć spokojny umysł. 5 sierpnia 2006 Bangkok      Mieliśmy jeszcze parę dni do wyjazdu. Postanowiliśmy zobaczyć okolice Bangkoku. Wczesne godziny poranne to idealny czas, gdyż zmęczeni nocnymi imprezami turyści pozostają długo w łóżkach, otrząsając się i przypominając sobie, co też robili nocą. Jak tylko jest to możliwe staramy się docierać w interesujące miejsca. Chcę zobaczyć prawdę o danym miejscu. I jest to oczywiście banał, który szybko wyjaśniam. Po prostu nie zależy mi na zobaczeniu tłumu rozentuzjazmowanych turystów na widok np. spokojnie modlących się mnichów. Dlatego w Tajlandii trzeba się trochę natrudzić, by dostrzec unikalność niektórych zachowań i miejsc. Wstajemy o 5 rano, aby zobaczyć wodny targ, na którym handlują codziennie kobiety, poruszając się na wąskich łódkach po kanałach rzecznych,. Nikt tam nas nie zawozi, drogi szukamy wzdłuż kanału, właściwie po omacku, intuicyjnie, czasami na migi wypytując tubylców o targ. Po godzinie spaceru tuż obok nas, na rzece, płynie samotna kobieta w słomianym kapeluszu. Jej łódka załadowana jest rożnego koloru i kształtu owocami, nawet nie wiedzieliśmy, że są to owoce. Potem okazało się, że jeden różowo-fioletowy, wyglądający jak kaktus, ale bynajmniej nim nie jest, ma cudownie brzmiącą nazwę: dragon fruit, czyli owoc smoka. Po targu krzątamy się sami, na razie, smakujemy tajskie pyszności, podpatrujemy życie targowiska wodnego tuż przed inwazją turystów. Uciekamy ok. 9 rano, kiedy tłum się nasilił a Tajlandczycy zacierają ręce w nadziei na udany zarobek, co nawet wydaje mi się zrozumiałe.

 MALEZJA 26 lipiec 2006 Bezwizowo wylądowaliśmy w stolicy Malezji Kuala Lumpur. To jedyny kraj
w Azji, na naszej trasie gdzie nie musimy starać się o wizę. Malezja przywitała nas niesamowitym upałem, co na początku nie stanowiło problemu, ponieważ wszelkie środki komunikacji wyposażone są w klimatyzacje. Tani hotel nietrudno było znaleźć w chińskiej dzielnicy. Zachodnia toaleta
z prysznicem, miły, zainteresowany recepcjonista sprawiły, że poczuliśmy się lepiej. Przede wszystkim jedzenie nas pochłonęło. W dzielnicy chińskiej, w zaułkach ulicznych, odkrywaliśmy małe kuchnie na kółkach, w których podawano prawdziwe chińskie, malezyjskie jedzenie. Dlaczego mówię prawdziwe? Ponieważ na głównej ulicy roi się od knajp, w których przesiadują tylko biali turyści. 
I podaje się im owszem coś chińskiego, ale jest to turystyczna forma Laksy albo krewetek z ryżem. Druga sprawa, która nas ujęła w Malezji, to nowoczesność i zorganizowanie państwa. Po szerokich i prostych autostradach suną nowoczesne autokary, najnowsze bmw, toyoty i chevrolety. Budowle nieziemsko wysokie i smukłe. Zachwycaliśmy się bliźniaczymi wieżami w Kuala Lumpur, które osiągają wysokość prawie pół kilometra. Teraz już wiem, co to znaczy azjatycki tygrys. Lekko śnięci upałem, który nawet spowodował niewielki udar, postanowiliśmy pojechać na wyspę Penang. Kiedyś Malezja była kolonią angielską i z tego zapewne powodu znajomość j. angielskiego wśród Malezyjczykowi jest zdumiewająca. W Penangu bardzo łatwo można zauważyć przekrój społeczeństwa malezyjskiego. Mieszają się tu Malajowie, Chińczycy i Hindusi, którzy dotarli na półwysep razem z Anglikami, najczęściej jako słudzy albo pomocnicy. Ok. 20 km od Georgetown - to stolica wyspy Penang stoi kilkuwieczna świątynia węży. Chińska świątynia zawdzięcza swoją nazwę licznie żyjącym tu jadowitym wężom. Biedni mnisi długo się męczyli, aby w końcu poczuć się bezpiecznie w swojej świątyni. W środku dżungli węże czuły się jak w raju do momentu przybycia ludzi. Nie prowokowane i nie atakowane węże człowiekowi zrobić nic zległo nie chcą. Dziś juz tylko niewielka ilość węży została w akwarium i z dumą jeden Chińczyk opowiada o wężowych zaletach. Aby uatrakcyjnić swój wężowy interes, Chińczyk sprowadził ( nie chciał powiedzieć jak) 7 metrowego pytona. Biedny pyton śpi cały czas, budzi się tylko, aby udusić i pochłonąć 10 kurczaków i gdy dotyka go jakąś ludzka dłoń  (przechodzą go raczej dreszcze) Chińczyk zapewniał nas, że węże bardzo lubią dotyk człowieka, z czym się zupełnie nie zgadzam. Otumaniona kadzidłami kobra królewska podnosiła lep i wystawiała zęby tylko wtedy, gdy atakowana była butem Chińczyka. Świątynia pięknie zdobiona i kolorowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie natomiast widok węży i ich pana trochę mnie zasmucił, wolałam przyglądać się żółwiom, które raczej nie wzbudzały żadnego zainteresowania. W Malezji, dokonaliśmy społecznego odkrycia wśród turystów. Arabowie tez podróżują!!!! Nigdzie przedtem nie spotykaliśmy podróżujących Arabów. Nie są to turyści z plecakami, raczej z walizkami na kółkach. Wygląda na to że wśród Arabów nastała moda na zwiedzanie Malezji. Dlatego, że to kraj muzułmański, że jest tanio
i że na każdym kroku można się targować i chyba przede wszystkim, dlatego że nie ma tu Żydów. Bo Malezja jak i Indonezja nie uznają takiego państwa jak Izrael, dlatego obywatele tego kraju nie mogą tu wjechać. Z Malezji różnymi możliwymi środkami transportu statkiem, busem,  autokarem i w końcu pociągiem) przedostaliśmy się się do Tajlandii. 12godzin podróży pociągiem przez Półwysep malajski do Bangkoku na długo zostanie w naszej pamięci.

INDONEZJA 24 czerwiec 2006 Kupang Granice pomiędzy kontynentem australijskim a azjatyckim przekraczaliśmy na pokładzie malutkiego samolotu z napędem na śmigła. Azja witała nas turbulencjami i niespokojnym lądowaniem w Kupangu. To największe i najbrzydsze miasto Timoru Zachodniego. Spędzamy w Kupangu trzy dni, jednocześnie czekając na prom do Kalabahi, to na wyspie Alor ( wschodnia Indonezja). Rozkład i plan wyjazdu promów jest jedna wielka niewiadomą. Ciągle jesteśmy wytykani palcami. Timorczycy są przyzwyczajeni do widoku białego człowieka. Co odważniejsze dzieci krzyczą do nas Hello Mister. Szczytem osiągnięcia lingwistycznego jest How are you? Albo What is your name? Mamy jednak wrażenie ze sa do nas wyjątkowo pozytywnie i szczerze nastawieni. Raczej się uśmiechają niż grożą palcem za np. udział w wojnie w Iraku. Bo to muzułmański kraj. spotykamy Edwina, który na szczęście rozmawia po Angielsku i jest nieocenionym źródłem informacji turystycznej na Timorze. Pomaga nam w sprawie pokoju, promu i w ogóle jest uroczy. Zaskoczył nas widok timorczka. Okazuje się za sa bardzo urodziwi. To jakby mieszanka Hindusów z Chińczykami i gdzieś tam jaszcze wdali się europejczycy. Bo to była kolonia najpierw Portugalczyków, potem Duńczyków aż w końcu Holendrów. Trochę jestem wszystkim zaszokowana, chodzę jak nieprzytomna, całe szczęście, że oni są tak życzliwi i nie nachalni. Miasto to jedno wielkie gruzowisko, Filip mówi, że to tak jakby było tu 10 lat temu trzęsienie ziemi, po którym sprzątnięto tylko trupy. Alor W końcu pogoda się ustabilizowała i panowie oficerowie zdecydowali wypuścić statek do Kalabahi na Alor. Podróż statkiem, sensowniej było nazwać to, co płynęło, blaszaną skorupą, miała zająć 16 godzin, trwała 24. W nocy na morzu Sumba, Posejdon tak się czemuś buntował, rozkołysał morze i nasza biedna skorupka przechylała się na wszystkie możliwe strony. Strach ogarnął wszystkich, na czele ze mną i filipem, bo dłuższą chwile 6 zagościliśmy w kiblu.( Nie będę opisywać). Gdzie i jak dostać się na Alor zasugerował nam, Edwin. Wybraliśmy La Petite Kepal. To malutka wysepka ( jak osiedle zachód), na której Francuz, Frederic rozkręca swój interes. Trafiają tu przede wszystkim fanatycy nurkowania. Na wyspie nie ma samochodów, nawet nie ma dróg. To jedno z najprzyjemniejszych miejsc. Kilkuosobowa grupa nurków jest tylko niewielkim dodatkiem do żyjących w harmonii, jakby w jednej rodzinie, Indonezyjczyków.. Jest tu bardzo naturalnie. I jest czysto chyba, dlatego ze prowadzi to Europejczyk. Kilka bungalow, mandi (kibel i warząchew do podlewania), kuchnia i Bibi czyli kucharka, sprawia ze w ogóle nie chce się nam stąd wyjeżdżać. Jest też bardzo tanio. Nam wystarczają płetwy, maska i rurka. dookoła wyspy można pławic się w kolorowych rybach (rożnej wielkości), wszelkiego rodzaju koralach oraz białym piasku. W przeważającej części Alor to muzułmańska społeczność. Nie można tego nie zauważyć, co ranek, z pobliskiego meczetu ( na innej wyspie) muezzin wyśpiewuje swoja tyradę. Jest cały czas gorąco, choć ziemia sucha i nieurodzajna. Ludzie są tu bardzo szczupli. To podobno z powodu nieurodzajnej ziemi. Niedojadają a przy tym dużo wiosłują. Bo w obrębie miast transport ogranicza się do małych skuterów. Natomiast komunikacje pomiędzy licznymi wyspami nie zapewnia żadna firma. W miarę jak posuwamy się na zachód Indonezyjczycy wydaja się być bardziej zadbani, lepiej ubrani. Pojawiają się firmowe koszulki, spodnie. Sandały i klapki zamienione zostają na pantofle. Pantofle muszą świadczyć o zamożności. Ja nie wytrzymałabym w tym upale nawet godziny i nawet gdyby to były pantofelki z najlepszej włoskiej świni. Pozdrawiam wszystkich wytrwałych. Przed nami długa droga do domu. 

 

NOWA ZELANDIA 1 marzec 2006 Hastings Nowa Zelandia to piękny kraj. Nie myli się ten, który twierdzi ze to kraj idealny. Wydaje się być miejscem dla wszystkich. Panuje tu nigdzie indziej spotykana równowaga. To nie jest miejsce społecznych kontrastów jak w Ameryce Południowej albo w USA. Tu nawet nie mieszkają groźne zwierzęta. ( uciekły do Australii, albo USA). Nie ma krwiożerczych ssakowi ani jadowitych gadów. Jedynie dokuczliwą paskudą jest mała muszka, która ukochała sobie ludzką krew. Jesteśmy juz tu półtora miesiąca i nie wiedziałam jeszcze żadnego żołnierza. Ziewającego policjanta owszem, ale tylko w samochodzie. Nie znam dokładnie polityki zbrojeniowej państwa kiwi, wiem natomiast, że Nowa Zelandia popadła w niełaskę u arcy najjaśniejszego mocarstwa USA, kiedy to odmówiła brania udziału w jakichkolwiek nawet rozmowach na temat budowy bomby atomowej. Częstokroć dopada nas wrażenie, że to prawdziwy kraniec krańców Ziemi. Do NZ tylko Australijczycy mają blisko. Kiwi też  wydają się odmienni, jakby czuli się nieswojo będąc na uboczu. Wiadomości podawane w telewizji powiewają nuda. Przykłady? Szczegółowe informacje dotyczące możliwości dojazdu na koncert zespołu U2 do stolicy, Wellington, notabene koncert został odwołany. Dużą cześć newsów to informacje ekonomiczne, prognoza pogody. I najważniejsze, co dzieje się obecnie z ukochaną  drużyną rugby All Blacks. Ulubionym zajęciem kiwi jest podziwianie własnego kraju. Nie chce przez to powiedzieć, że są leniuchami wręcz przeciwnie. Uprawiają w perfekcyjny sposób ziemie i pielęgnują drzewka rodzące jabłka, kiwi, brzoskwinie i winogron. Z winorośli miedzy innymi produkują wyśmienite wino. To nie jedyne zdajecie kiwi, ale wyżej opisane pokrótce jest mi wyjątkowo bliskie. Osobiście uwalniamy gałązki z ciążących jabłek. Kiwi, zatem uwielbiają podróżować po własnym kraju. Robią to na różny sposób: autobusem, samochodem, motorem, karawanem, rowerem a nawet pieszo. Kamping i spędzanie czasu na świeżym powietrzu to narodowe hobby. Miasta, duże i małe, a nawet wiochy przystosowane są dla strudzonych podróżników. Nie są to tylko kiwi. Corocznie, przez kraj przelewa się 2 milionowa fala  turystów zagranicznych. Motele, hotele,  hostele, kampingi, ścieżki rowerowe, parkingi,  szlaki, biura  inf.,  turystycznej,  agencje turyst. Itp. itd. I jakby mało było tych wszystkich atrakcji to kiwi maja fioła na punkcie sportów ekstremalnych. Normalka jest skakanie z wieży, mostu, dźwigu na bungie. O wrażeniach nie opowiem, bo nie  praktykowałam, ale skakała Monika G. i powiedziała k..... zajebiste. Można również wyskakiwać z lecącego samolotu a po chwili na spadochronie lądować do wody. Motorówki, pontony, kajaki pędza po rwących rzekach z częstotliwością wylatujących jambojetow z lotniska LAX w Los Angeles. I jeszcze jedno zorrbing. To wymyślili kiwi i nikomu jeszcze nie sprzedali. Do wielkiej gumowej banki pakuje się  ludzi, potem tą kulę wypełnioną  wrzeszcząca  gawiedzią turla się z  górki.  Rechoczących, piszczących z wrażenia i kotłujących się w balonie dodatkowo oblewa wodą.  Trwa to ok.50 sekund a kosztuje 50 dolców. Rozpisałam się o przemiłych i pomocnych nowozelandczykach, zapominając o rdzennych mieszkańcach zielonej wyspy tzn. Maorysach. Filip pisał o tym więcej, zatem cóż mogę dodać więcej? Może tylko tyle, że nie zostałam urzeczona kultura maoryską. Dlatego, ze naburmuszeni Maorysi niechętnie pokazują to, co w nich drzemie. Podobno ogromna duma i waleczność. W niektórych miejscach, jak Rotorua, można pooglądać śpiewy, tance i obyczaje. Jest to w formie przedstawienia, i nie ma nic wspólnego z życiem ulicy. Za to trzeba słono zapłacić. NZ to też Hindusi, ludność wysp Pacyfiku, a także Azjaci. Swoista mozaika społeczno-kulturalna, w połączeniu z położeniem geograficznym, sprawia, że to kraj wyjątkowy. A jak przepiękne krajobrazy ukazują się za każdym zakrętem nie będę opowiadać. Po pierwsze, dlatego, że mogłabym niektórych zniechęcić, a po drugie nikt nie zechce oglądać.. Naszych zdjęć. Wspomnę tylko, że to ziemia przepięknych gór, zbocza, których opadają prosto do Morza Tasmana albo Pacyfiku. Niesamowite tereny wulkaniczne, kryjące bulgoczące gejzery i gorące lecznicze źródła oraz majestatyczne fiordy. A jak można legalnie i przyzwoicie żyć będąc dumnym Polakiem w następnym odkryciu o Nowej Zelandii.

WYSPY FIJI  8 styczeń 2006 Suva  Bula! Nie wiem czy najpierw pisać o tym wszystkim co mnie spotkało w Stanach, czy juz przestać się rozwodzić i rozpocząć opowieść o rajskich wyspach Fidżi. Bo tak naprawdę: z perspektywy białego pisaku, palm, egzotycznych owoców, czystej nieskazitelnie wody, korralów i kolorowych ryb lepsze dla mojego stanu umysłu byłoby zapomnieć o 7 miesiącach ciężkiej pracy i doświadczania  polonii w Stanach. Jednakże z całą pewnością zaprzeczam by były to stracone dni i bezcelowe doświadczenia.  Zatem znowu znaleźliśmy się w tropikach, w samym środku zimy (rok temu a dokładnie w lutym też wylądowaliśmy na półkuli południowej, tuż nieopodal zwrotnika Raka, a było to w Rio de Janeiro i tam zaczęła się nasza podróżnicza  przygoda po rozlicznych zakątkach naszej Ziemi. Dlaczego na Fidżi? - ktoś zapyta. Odpowiedz jest prosta - dlaczego nie! To też ziemia a przede wszystkim egzotyka. To najbardziej lubię, to że odkrywam nieznane. To teraz tak w skrócie co tu można robić. My robimy to czego pragnie umęczony pracą dobry człowiek. Śpimy, leżymy, zajadamy się, słuchamy muzyki i czytamy książki.. Dodatkowo, bez wysiłku, pławimy się w cieplutkim Pacyfiku, wędrujemy po stromych wzgórzach wyspy Naviti - to  jedna z 270 wysp Fidżi, wchodzi w skład archipelagu Yasawa.  I jeszcze: tarzamy się w piasku, widzieliśmy i próbowaliśmy obrzędu kavy tj. napoju coś w stylu narkotyku, który pomaga zrelaksować się i tak już mocno wyluzowanym mieszkańcom Fidżi. A??? jeszcze podziwiamy widoki i to co było dla mnie największą niespodzianka, to oglądanie podmorskiego świata, zwierząt i roślin. Wyzwanie jest to tym dla mnie większe ponieważ lękam się morza, a to za sprawa morskiej przygody w Brazylii, o której wole nie opowiadać z wiadomych względów, ( patrz definicja “mama” “tata”.) Pokonywanie strachu przechodzi zaskakująco szybko bo to co widać pod woda przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Na moim etapie, wystarczą płetwy, maska i rurka a przede mną roztacza się widok niezliczonej ilości kolorów i dziwactw natury, których nie sposób znaleźć na lądzie. Oto ciekawostka przyrodnicza, też może zostać wykorzystana w krzyżówkach: dużo więcej jest gatunków roślin i zwierząt pod woda niż wokół niej, tzn. na ladzie. Z dnia na dzień odzyskuję utraconą odwagę do morza.  A ważne jest jeszcze to ze pod wodą jest bezpieczniej i zdrowo, a opowieści o grasujących śmiercionośnych meduzach czy krwiożerczych rekinach są nieprawdą. Pod wodą zwierzęta traktują cię jak równych sobie, jesteś ich integralna częścią, może wyglądającym dziwolągiem bo butla i bez łusek, ale przecież nie brakuje nam dziwolągów wśród ludzi i też ich tolerujemy. Zapomniałabym na koniec dodać, że nie zauważyliśmy żadnych objawów starych nawyków tubylczych, a to jest kanibalizmu. Odkąd zaczęło się prawdziwe prosperity dla Fidzijczyków, mieszkańcy tych wysp juz nie musza dojadać kogokolwiek. O czym nie warto wspominać to opłakane rezultaty prostopadle padającego słońca na nasze białe  ciała, a także perfidne, materialne wykorzystywanie biednych i tych nabitych kasa turystów. Odsyłam do naszych zdjęć, może ktoś zauważy nieco więcej. Czekam i pozdrawiam .

USA 10 wrzesień 2007 Las Vegas  właśnie wróciliśmy z pracy. To sukces ze udało mi się dziś dostać do komputera, zazwyczaj jest  tak że nie zdążamy przed zamknięciem biblioteki. W weekend było bardzo intensywnie. W sobotę pracowaliśmy do 14, a wieczorem tzn. o 12 w nocy juz byliśmy w Las Vegas. Cudem, w tym wielkim mieście, udało się nam znaleźć miejsce hotelowe. Pojechaliśmy w pięć osób tzn. Ania, Patryk, Gosia, Filip i ja. Samochodem zajęło nam dojechanie tam4 godziny. Miasto niesamowite. Można tam spotkać wszystko. To co jest zabronione gdziekolwiek w Vegas jest dozwolone. Np. pić alkohol na ulicy. W Stanach jest tak, a szczególnie w Kalifornii, że nawet butelki pustej po jakimkolwiek alkoholu nie wolno wozić w samochodzie a  co dopiero trzymać w reku idąc ulicą. Miasto żyje cały dzień, ale to noc rządzi tym miejscem. jedna wielka impreza. Ludzie przyjeżdżają tu się bawić na 100 procent i nie da się tu robić czegoś innego. Dookoła miasta  wielka, gorąca pustynia. W centrum, na główniej, długiej ulicy, nazywa się Las Vegas bulwar albo Strip, stoją olbrzymie hotele, w nocy świecą masą kolorowych świateł i neonów. Kiczowate jest to, że te hotele próbują naśladować niektóre znane miejsca jak np. Wenecje, Paryż, starożytny Rzym. I tak w Wenecji, w środku, w hotelu są kanały, po których pływają gondole. Przy hotelu Paryż stoi olbrzymia prawie takiej samej wielkości co oryginał, wieża Eiffla. Wrażenie robią kasyna i grający ludzie. Zatroskane twarze tych którzy właśnie przegrywają fortunę a tuż obok twarze wesołe bo z automatu wysypują się dolary. W nocy miasto tętni jak kilkutysięczna dyskoteka. Muzyka, reflektory samochodów, neony, kolorowe reklamy, wystrojeni ludzie z drinkami, butelkami. My nie próbowaliśmy kosztować wszystkiego. To niemożliwe w ciągu 24 godzin. Byliśmy w kasynach. Mniej więcej wyglądało to tak, że wałęsaliśmy się po tych hotelach w ramach zwiedzania, ale ciągle pchało nas do kasyn. tylko Gosia była twarda, gdyby nie ona to nic byśmy nie zobaczyli. Tak kasyno wychlania, nawet nie wiesz kiedy. Prosta przyczyna, doświadczyłam na własnej skórze. Wrzuciłam do automatu 25 centów, pociągnęłam jednorękiego bandytę i zaczęły lecieć pieniądze. Nagle z 25 centów zrobiło się 30 dolarów. Z taka samą łatwością i szybkością można stracić wszystko. Takie jest Las Vegas.

KOLUMBIA 10 maj 2005 rejs po Amazonce Aby dostać się do Letici w Kolumbii z Iquitos....... Załadowaliśmy się na barkę.. Wybraliśmy kabinę, która wygląda jak skrzynka z pryczami, jest duszno i wilgotno. W hamakach na pokładzie może jest lepiej ze względu na chłód i ciągły przewiew, ale to mogłoby się skończyć fatalnie dla naszych bagaży ( źle się skończyło dla naszego kolegi Stew z Anglii, dosłownie na chwile spuścił wzrok z bagażu, odwrócił się i powiedział o! Fuck! gdzie jest mój bagaż!!!????? zabrali mu wszystko łącznie z paszportem i aparatem). Jesteśmy jedynymi gringos na pokładzie, czyli  białymi zagranicznymi, nie ważne skąd. Biały kolor skóry podpowiada że jesteśmy chodzącymi bankowozami. Dla oberwańców wałęsających się po barce każda rzecz z naszego plecaka ma nie ocenianą wartość. na szczęście w czteroosobowej kajucie towarzyszył nam Peruwiańczyk, policjant Edwin. Bardzo miły i porządny człowiek. Nie śmierdział, dbał o porządek i nie chrapał. Opowiadał nam o Peru i swojej pracy w nadgranicznej  miejscowości w samym  sercu Amazonii , Islandii. Główne jego problemy to przemyt narkotyków i migracja. Pierwsza noc nieprzespana z powodu kataru i bólu głowy. Poza tym na rozklekotanej barce płynie 150 osób i nie wszystkim chciało się spać, szczególnie pewnemu dwulatkowi, który darł się w niebogłosy. Cały następny dzień na statku dłużył się niemiłosiernie. Czytaliśmy wydrukowane z Internetu fragmenty Lapidarium Kapuścińskiego i Imperium. Uczyłam się angielskiego i słuchałam muzyki. Barka załadowana była najprzeróżniejszymi rzeczami. Ludzie mieszają się ze zwierzętami. Wyraźnymi literami na wysokim mostku kapitańskim, widnieje napis, iż zabrania się przewozu materiałów łatwopalnych. Nic dziwnego barka załadowana była po brzegi ludźmi. Gdy tylko ruszyliśmy z portu, wielkie dwa motorowe kanoe dopadły barkę i rozpoczęło się ładowanie megalitrów paliwa. To kontrabanda, nikt, łącznie z kapitanem, nie miał nic przeciwko temu. Barka nagle stała się bomba. Zatrzymujemy się w okolicznych wioskach co 15 minut. Na brzegu zawsze czeka masa dzieci. Wydaje się, że mieszkają tu tylko dzieci. Maja wielkie brzuchy i bynajmniej nie jest to z przejedzenia. To z powodu Amazonki. Ludzie z wiosek piją tą wodę i w niej gotują. Dorośli, po latach, zdarzyli się juz do tego przyzwyczaić, ale małe organizmy bardzo chorują, dzieci maja robaki i zapalenia. To trwa kilka lat po czym woda z Amazonki normalnieje i wszystko jest ok. Jeszcze tylko noc i rano zawiniemy do Santa Rosa (Peru) na przeciwległym brzegu będzie Leticia (Kolumbia) Tuz obok Brazylia. Czyli razem spotkają się trzy granice . (więcej też o Cartagenie w zapiskach teraz w Szczecinku)

PERU 15  kwiecień 2005 Titikaka I Filipowi juz się przestało podobać, a dlaczego????? Ceny w górę!!!!! rzeczywiście w Peru jest o wiele  drożej niż w Boliwii. Nas w Puno interesowały tylko pływające wyspy na Jeziorze Titikaka. Mogliśmy  tam pojechać tylko za pośrednictwem agencji, która zabrała nas spod hotelu, wsadziła na mały stateczek i ruszyliśmy w kierunku wysp. Wyspy ciągle się poruszają, zbudowane z trzciny totora. Nie tylko podłoże jest z trzciny, ale również domy, małe i duże łodzie Indian Uru i Ajmara, którzy tak żyją. Chodzą naboso i w ludowych ciuchach. Jak trzcina zgnije to budują nowa wyspę, i tak od wieków przemieszczają się po jeziorze Titikaka. Większość wysp udostępniona jest dla turystów, ale są też miejsca dla motłochu nie zdobyte i tam tez są szkoły z trzciny i miejsca w których wyrabiają swoje rzeczy a potem sprzedają, mowa o Indianach. Potem jeszcze 2 godziny i dotarliśmy na kolejna wyspę i tam też osobliwa  społeczność żyjąca z dala od cywilizacji, bez prądu, bez dróg, ani jednego psa i kota. Indianie na tej wyspie, Tequila nie mówią głośnio tylko szepcą, tak jakby nie chcieli zakłócać spokoju tam panującego. Denerwująca jest ilość turystów, takich trochę niedzielnych i to nam nie pasowało. Wdarliśmy się do tego spokoju. Ale tak naprawdę to Indianie bardzo korzystają z wizyt turystów i dzięki temu żyją, zatem odbijają sobie po latach, wiekach niewoli. Jutro jedziemy do Cusco. 17 kwiecień 2005 Leperiada w drodze do Cusco Dalej jesteśmy w Peru, to właściwie początek nie licząc pływających wysp na jeziorze Titikaka. Obecnie jesteśmy w Cusco, stolicy Imperium Inków. Przepiękne miasto, chyba najpiękniejsze pod względem architektury, według mnie, na naszej trasie. Słów parę na temat podróży do Cusco z Pűno. W pierwsze wersji mieliśmy jechać pociągiem, ale co się okazało nasze portfele nie wytrzymałyby tego. Bilet kolejowy kosztuje albo 112 dolców albo 16. Pierwsza to wersja megaluksusowa, druga to zwykła ławka na której się siedzi 12 godzin, zatem podziękowaliśmy i kupiliśmy bilet za 7 dolarów w miękkich fotelach autobusu. Podróż miała trwać 7 godzin trwała 16. Na dwie godziny przed dojazdem do Cusco na drodze rozpoczęły się blokady Indian. Powód, podatki nałożone na ziemie przez rząd. staliśmy tak godzinami. Jak nas przepuścili po dwóch godzinach, natrafialiśmy na kolejna blokadę. Większość Indian była nastawiona pokojowo i raczej się nie przejmowaliśmy, w końcu kilka godzin w tą czy w tą dla nas nie stanowiło różnicy. Pociemniało i zrobiło się groźnie. Jakiś Indianin wpadł do naszego autobusu i powiedział że blokujący nie puszcza nas do drugiej w nocy i namawiał abyśmy szturmem tam poszli i rozwali tą blokadę. Żaden turysta się nie zgodził, choć na twarzy, zresztą bardzo blisko siedzącego mnie chłopaka, iskierki w oczach zapłonęły. Nie poszliśmy. Troje Amerykańców wyszło kupić coś do jedzenia. Pojawiła się za chwile policja w wozie szturmowym i rozwaliła blokadę, którą stanowili Indianie a na jezdni porozwalane były wielkie kamienie, nie do przejechania przez ciężki autobus. Amerykańców nie ma, a autobus powoli rusza w kawalkadzie innych samochodów. Nie tylko my tyle czekaliśmy. Nagle Indianie zaczęli walić w nasz autobus kamieniami. Na szczęście wszyscy szybko rzuciliśmy się na podłogę i nie oberwaliśmy. Szyby rozsypały się w mak drobny. Pozasłanialiśmy okna. Droga zrobiła się wolna i autobus ruszył z impetem zostawiając Amerykańców. Zaczęliśmy krzyczeć że tam na zewnątrz zostali turyści i po jakiś 30 km w końcu kierowca zatrzymał autobus, czekaliśmy chwile. Zdyszani Amerykance wbiegli cali i zdrowi, ktoś ich powiózł. O północy zawitaliśmy do Cusco. Brrrrrr 06 maj 2005 Selva Zanim Komando zdążył powiedzieć –nie dotykajcie tych drzew!- my zwijaliśmy się z bólu jaki zadała nam mrówka siedząca na drzewie. Potem małpy i skaczące różowe delfiny na rzece Yarapa. Wieczorem oglądaliśmy, Filip macał czarne, włochate tarantule. Groźne są tylko te które żyją w ziemi. Drugi dzień upłynął nam na kąpieli w rzece, wędrówce po lesie tropikalnym, łowieniu piranii i nocnych poszukiwaniach kajmana, to rodzaj krokodyla. W rzekach raczej odradza się kąpieli z powodu ryb rażących prądem a także piranii. My mieliśmy specjalne miejsce ograniczone siatka i tam podobno było bezpiecznie. Spacer po dżungli to miejscami przedzieranie się przez błoto i chaszcze, które trzeba potraktować maczeta. Olbrzymie niebieskie motyle, śpiew ptaków, wrzask małp i brzęczenie komarów. Potem obiad. Zajadaliśmy się świeżymi rybami, ryżem, kurczakiem, warzywami czyli bananami i świeżymi owocami. Wszystko było pyszne. Łowienie ryb tylko mi wychodziło dobrze. Zaliczyłam piec ryb, które były małe i puściłam je z powrotem wolno. Po kolacji nocna wyprawa kanoe po rzece w celu wytropienia kajmana. Dla mnie przeżycie mistyczne. Dźwięki nocy, niezliczona ilość gwiazd na czarnym niebie. Ja w kanoe w Amazonii w środku dżungli. Obok maczeta i harpun, wiosło. Trzeci dzień to całodniowa, mordercza wyprawa kanoe w górę rzeki. Po drodze znowu małpy, ptaki i zieleń. Wieczorem popłynęliśmy do Libertad aby skorzystać z prądu i doładować nasza baterie od aparatu. Prąd, w Libertad po hiszpańsku wolność, działa tylko 3 godziny dziennie. I można powiedzieć że ludzie naprawdę są wolni (nie potrzebują tv, komputera, telefonu, samochodu), gdyby nie rzeka, która uzależnia i jednocześnie daje im wszystko co tylko do życia jest potrzebne. Napotkani ludzie w kanoe na rzece uśmiechają się, są mili i nie rozumieją jak można się targować. Cena dla wszystkich jest jedna. Znają swoja wartość. Wszystko wykonują własnoręcznie. Nie spotkaliśmy żyjących tu staruszków może jest za ciężko szybko umierają) bądź grubasów. Każdy  grubas schudłby szybko gdyby wiosłował całymi dniami. W drodze powrotnej z Libertad, Komando wyczul kajmana. Nie mam pojęcia JAK ON W TYCH ciemnościach Potrafił COKOLWIEK DOSTRZEC. TO BYŁ MALEC-kajman. Komando chwycił go za ogon, ale jednak mu się wymsknął. I tyle widzieli kajmana. Ostatni dzień, na dowidzenia pojechaliśmy oglądać selve czyli dżungle z 60 metrowej wieży obserwacyjnej umieszczonej na olbrzymim drzewie. Dookoła, gdzie tylko okiem sięgnąć roztaczał się wiecznie zielony las. Piliśmy wodę prosto z drzew, jedliśmy cudownie słodkie owoce. Na koniec jeszcze na ryby. Filip uparł się żeby złowić piranie. Zamiast piranii wytropiliśmy prześlicznie zieloną iguanę. Przy zachodzie słońca fotografowaliśmy papugi i tukany. Jeszcze tylko kolacja i nocną barką musimy wracać do cywilizacji, do Iquitos. Żegnaj selwo.

BOLIWIA 1 kwiecień 2005 Uyuni Jestem wyczerpana, nawiasem obydwoje mamy opryszczone i spalone pustynnym słońcem twarze, zarośnięte ciała i worek śmierdzących, przepoconych ciuchów. W głowie kocioł i trzęsącą jeszcze pikawe. Boliwia to zupełnie inne wrażenia. Kraj niczym z bajki, trudno uwierzyć że istnieje. Robiliśmy zdjęcia bez opamiętania. Podczas tych czterech dziwnych dni zobaczyłam i nagromadziłam tyle wrażeń i wspomnień co przez miesiąc w Brazylii i Argentynie. I w tej chwili jest trudno nawet zacząć. Początki Boliwii widać juz w północnej Argentynie i zdjęcia, które dziś dołączam są właśnie z tego miejsca. Dokładnie w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych zaczęła się Boliwia, gdyż tego dnia po porannej, wielkanocnej mszy świętej, śniadaniu (ja bardzo lekkim bo juz pojawiły się objawy choroby wysokościowej, czyli mdłości, brak apetytu i ból głowy). W moim przypadku śniadanie zatem stanowił suchar. Msza niczym nas bardzo nie zaskoczyła gdyż cały rytuał mszalny był bardzo podobny do tego co jest w Polsce. To co dało się zauważyć innego to ciemne twarze Indian, notabene wszyscy byli bardzo ładnie ubrani, ministrantami były dziewczyny i podczas dawania sobie pokoju wszyscy gorąco wpadali sobie w ramiona, co nas bardzo zaskoczyło i nie wiedzieliśmy co robić. Zakończyło się na tym ze też powpadaliśmy w ramiona innych. Po tym wszystkim jak zwykle na dworzec i w drogę, tym razem juz prosto do Boliwii, najpierw Villazon a potem prawie w biegu do Tupizy. Na granicy argentyńsko-boliwijskiej żadnych problemów, zwykłe formalności i wypisywanie jakiś świstków. Odpowiedzieliśmy na pozdrowienie pograniczników Bienvienido Amigos (od tej pory jesteśmy dla wszystkich amigos co oznacza przyjaciel) i znaleźliśmy się w innej bajce. Skończyły się asfaltowe drogi i obojętni ludzie. W autobusie do Tupizy strasznie się zaczęłam bać. Zrobiło się ciemno, w środku autobus, choć nie najgorszy, napełniał się co raz bardziej kurzem z polnej drogi. Zapach ludzi którzy ciągłe żują kokę i w większości są pastuchami pomieszał się z kurzem, ciemnością. W Boliwii w większości miejsc prąd wyłącza się mniej więcej o 9 w nocy z powodu oszczędności, zatem o tej porze zaczyna się robić strasznie. Juz się do tego przyzwyczailiśmy a w dużych miastach jest inaczej. To ze jest biednie i bardzo skromnie widać na zdjęciach, ale Boliwijczycy są bardzo serdeczni i spokojni, jakby wyciszeni że nic nie mogą juz więcej zrobić. Wymieniliśmy 200 dolarów i co się okazało że możemy tu żyć z miesiąc za te pieniądze. ( oczywiście że nie będziemy). 10 kwiecień 2005 La Paz  Do Boliwii dotarliśmy od jej południowych granic, a dokładnie z Argentyny. Dlatego podróż do jej serca czyli La Paz trwała około dwóch tygodni. Jednakże to co zobaczyłam w Potosi i Sucre zaskoczyło mnie. Ruchem, jakimś pasującym do wszystkiego chaosem. Dlatego La Paz zostawiliśmy sobie niejako na deser. Miasto olbrzymie i wydaje się przeludnione, choć przewodniki podają że mieszka w nim milion ludzi. Taki nasz piątkowy i wtorkowy rynek latem. Od wczesnych godzin porannych do późnych nocnych, La Paz to jeden wielki bazar, targ. Mieszają się stragany z mięsem, owocami, warzywami, miotłami, garnkami, ciuchami, rożnego rodzaju narzędziami, po worki z niewiadomo czym. Wokół tego wszystkiego jeździ niesamowita ilość samochodów osobowych, busów i ciężarówek wypełnionych ludźmi. Obok biegają roczne, dwuletnie dzieci, tylko one nie pracują. Wychowuje je ulica, bo niby kto jak mama, tata, rodzeństwo handlują od rana do nocy. Pierwszego dnia od razu po przyjeździe do La Paz zaczęliśmy załatwiać wizę do Kolumbii. Trochę zamieszania wprowadziliśmy apelacją o wizę w tamtejszej ambasadzie. Nie obyło się bez problemów. Na początku stawiali problemy z biletem wyjazdu z Kolumbii, którego notabene nie mamy, no bo jak moglibyśmy mieć, jak jeszcze tam nie trafiliśmy nawet. Zatem konsul powiedział abyśmy napisali mu specjalny list o trasie naszej podróży po Kolumbii uwzględniając datę i miejsce wyjazdu. Ok. Ale na tym się nie skończyło. Kilka godzin spędziliśmy na fałszowaniu danych z wyciągu bankowego dotyczącego karty kredytowej. Nie widzieliśmy za bardzo po co im po polsku taki papier, bez żenady wpisywaliśmy pokaźne sumki dotyczące limitu na karcie kredytowej. Zakończyło się na wyjaśnianiu co oznaczają na tym wydruku minusy i sumy. Potem pan wyższej rangi w ambasadzie liczył wszystkie nasze czeki podróżne i dolary. Pokiwał głową, powzdychał, pokwękał i powiedział Ok. Byliśmy w końcu wolni. Kolejne godziny poświęciliśmy na wałęsanie się po ulicach La Paz. To co rzuca się w oczy najbardziej to żebrzące kobiety i dzieci. Powiedziano nam, że one oszukują i to nieprawda za są biedne. Pożyczają małe dzieci aby wymusić jałmużnę. I tak naprawdę to gdzieś tam, w innych miastach czy wioskach, żyją sobie nawet nie najgorzej. A to jak wyglądają czyli nierzadko schorowani, zaniedbani, śmierdzący świadczy tylko o tym że taką mają mentalność. Może to fakt, bo to powtarza się w wielu wypowiedziach Boliwijczyków, ale nam trudno w to uwierzyć. Słyszeliśmy też że przyczyna, na pozór wyglądającej, biedy w Boliwii i w Paru, to sami Indianie, że się izolują od nowoczesnego świata, że chcą pozostać takimi jak ich dziadkowie i pradziadowie, że chcą kultywować tradycje Inków i nie godzą się z imperializmem. Np. Stanów Zjednoczonych, a biali którzy rządza krajem tylko kradną i wyzyskują. Indianie uzyskali prawa wyborcze w Boliwii kilka lata temu. Fakt, Indianie żyjący w wioskach, gdzieś na zupełnym odludziu, byli bardzo pogodni i zadowoleni z życia, oni nie narzekają. Wczoraj spotkaliśmy się z Nikiem i Nikol. Oni podróżują juz 15 miesięcy po całym świecie. Co jakiś czas spotykamy się tu i ówdzie aby wymienić się wrażeniami. Trzy piwa, dwa wina. Wcześniej tego samego dnia byliśmy zwiedzić ruiny cywilizacji Tiwanaku. 70 km od La Paz Tiwanaku żyli i mieszkali na terenie Boliwii i Peru 400 lat przed Inkami. Z niewiadomych przyczyn nagle zaginęła ta cywilizacja. Co się stało wiedzą tylko bogowie. Zapraszam do zdjęć. Czy wspominałam o targu czarownic i zasuszonych płodach lam, jak nie to też na zdjęciach.

 

ARGENTYNA  5 marzec 2005 Buenos Wyszliśmy pierwszego dnia na poszukiwanie Buenos, a znaleźliśmy zwykle zatłoczone, strasznie brudne ulice w europejskim stylu. Gdzie ci ludzie, gdzie ta atmosfera, gdzie to tango????. Ludzie elegancko ubrani, widać prosto z banków albo z biur. Obok mieszczuchów, masa biednych, bezdomnych, proszących o coś ludzi. Nie mogliśmy zrozumieć. Wracając tak około północy do hotelu widzieliśmy juz tylko chowających się biedakowi po klatkach schodowych , gdzieś w zaułkach ulic. Strasznie smutni i zwykli wydaja się być Argentyńczycy. Ale dziś było cudnie! Dotarliśmy do dzielnic których szukaliśmy. To Buenos z książek nagle nam się pojawiło i to w taki senny sobotni  dzien. W dzielnicy w której mieszkamy, nazywa się San Telmo, wybraliśmy się na spacer. Skończyliśmy po 6 godzinach ciągłego chodzenia. Małe, wąskie uliczki, przeplatane budynkami trochę z tej epoki trochę z kolonialnej. Ludzie krzątający się wokół swoich spraw, ruchliwi Argentyńczycy. Trafiliśmy w miejsce, plac na którym odbywają się pokazy Tanga. Potem do dzielnicy, gdzie kiedyś mieszkało dużo Włochów, odbywały się walki uliczne i żyli tam zwykli robotnicy. Jest to niesamowicie barwna dzielnica, gdyż domy pomalowane są w bardzo jaskrawych kolorach. Mieszają się artyści rożnego pokroju, od zwykłych naciągaczy udających że grają wyszukaną muzykę w stylu tango, po skromnych twórców rozmaitych dziedzin. Sprzedają i tworzą na oczach turystów obrazy, rzeźby, biżuterię, tańczą i śpiewają. Niesamowite i urzekające. Tam nam się bardzo podoba. Podziękowaliśmy tym miejscom z pierwszego dnia. Witaj nowy Buenos. Poza centrum naprawdę można bardzo dobrze i tanio zjeść. Trafiliśmy w miejsce  gdzie płaci się tak mniej więcej 6 złotych i można nakładać sobie jedzenia ile tylko dusza zapragnie.No to tyle na dziś. mamy się dobrze i pozdrawiamy aga 12 marzec 2005 Valdes Zatrzymaliśmy się w małym miasteczku Puerto Piramid daleko od metropolii. Jaki tam święty spokój panował. Miasteczko liczy 300 mieszkańców i głownie utrzymują si z turystyki. Miasteczko nazwaliśmy Przystanek Alaska to może dużo wyjaśnić jeżeli chodzi o atmosferę tam panującą. Samochody pootwierane, wszelkie dobra na publicznym widoku. Złodzieja chyba juz tam każdy zna i się go nie boi. Turysta tylko gdzie niegdzie. Spotkaliśmy faceta, który całe życie mieszkał w Buenos Aires i przeniósł się do Puerto Piramid po to tylko żeby mieszkać w budzie kampingowej i wypożyczać rowery i jeździ takim fajowym samochodem ( to na zdjęciu). Po  raz pierwszy w Argentynie nikt nas nie prosił, ani o jedzenie, w ogóle nikt nie zaczepiał. Wszyscy się uśmiechali a jak czegoś nie wiedzieliśmy to uprzejmie nas informowano. Pierwszego dnia zaraz, po  przyjeździe wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy sobie gdzieś w siną dal a co zobaczyliśmy ......lwy morskie. Drugiego dnia po negocjacjach z wieloma osobami organizującymi wyprawy po Półwyspie, głównie chodzi o to aby pooglądać zwierzęta. Ceny koszmarne. 6 godzin w tym prawie 3 w samochodzie, reszta na oglądaniu zwierzątek to suma około 70 złotych za osobę. Wybraliśmy coś w końcu i tak godzinie 12 w południe ruszyliśmy. Przewodnik  dużo gadał po angielsku, właściwie  to  się nie  zamykał, ale trudno było go w ogóle zrozumieć a to z powodu drogi po której jechaliśmy. Aby dojechać do głównych miejsc gdzie przebywają zwierzęta trzeba poruszać się po drodze a raczej polnej drodze zwanej szuter. Jest na niej mnóstwo kamieni i panuje potworny hałas w busie, a przednia szyba wyglądała jak po moździerzowym ostrzale. Jadąc tak ma się wrażenie że to miejsce zmasowanych działań wojennych ( to z powodu tych pryskających wszędzie kamieni). Najpierw dotarliśmy do miejsca w którym żerują orki, mieliśmy niebywale szczęście, bo podobno nieczęsto się zdarza aby zobaczyć takie zjawisko jak my oglądaliśmy, czyli orki polujące na małe foki. To odbywało się tuż przy nas, widok nie do opisania. Sama natura. Albo jak w filmie. Wszyscy stali osłupieni. Niektórzy nie mogli wytrzymać i krzyczeli do fok aby uciekały. Wszystko kotłowało się w wodzie, widać było jak malce walczyły o życie, ale jednocześnie niepokornie wchodziły do wody prosto w paszcze orki. Brrrr.... Potem były słonie morskie i na koniec Pingwiny Magellana. Po powrocie o godzinie 10 wieczorom padliśmy na pyski i nie wiem czy to z wrażenia czy ze zmęczenia usnęliśmy bardzo głęboko. Pozdrawiam bardzo. Dziś jedziemy dalej na południe juz blisko Ziemi Ognistej do El Calafate, to dalej Patagonia. Jakby ktoś szukał na mapie, to granica argentyńsko - chilijska i południe. Pa

BRAZYLIA  20 luty 2005 Rio de Janeiro Podróż umilał nam również Joseph, Amerykanin, właściwie bardzo światowy człowiek. Opowiedział nam sporo o Rio i Brazylii i nawet zostawił swój numer telefonu. Pierwszym szokiem była temperatura i gołe dziewczyny na lotnisku, bardzo duże z bardzo szerokimi ustami. Nie wiem w jakim one były tam celu ale chyba żeby białasów przywitać. Hotel szybko wybraliśmy z przewodnika. Nie jest komfortowy, ale z łazienką i ciepłą woda. Może być, tym bardziej że i tak przychodzimy tam spać. Burza zapachów, pomieszanie bogactwa z ubóstwem przyprawia o zawrót głowy. Jeszcze mało widzieliśmy i w tej chwili znajdujemy tuz przed Copacabana, za chwilkę się tam walniemy i usmażymy na kotleta. Dogadujemy się na migi. Piliśmy super sok z guarany i z czegoś tam jeszcze, był pyszny, gęsty i podobno stawia na nogi w mig. 26 luty 2005 Rio Rio to dwa miasta o jednej nazwie. Świat z ulic Copacabany, Ipanemy i Leblonu ( luksusowe dzielnice Rio), nie ma nic wspólnego ze światem ludzi żyjących w slumsach, tutaj nazywa się je FAVELE. Małe domki bez okien, ułożone jedne na drugim zajmują hektary kilometrów wzgórz z których ukształtowane jest Rio i okolice. Powoli zostawialiśmy Rio, zastanawiając się czy jeszcze tu wrócimy. Wspomnienia zostaną to pewne i to mnie cieszy. 3 marca 2005 Foz de  Iguasu Wodospady można oglądać od strony brazylijskiej i argentyńskiej. My wybraliśmy argentyńską a to ze względu na możliwości wędrowania, pływania statkiem i krótką podróż małym , otwartym pociągiem. Znaleźliśmy się po raz pierwszy w kraju tanga. Niesamowity widok. Tak na przestrzeni mniej więcej 3/4 Szczecinka, w różnych miejscach, rzeka się nagle kończy i spada z 70 metrowej wysokości w przepaść. Wodospadów jest mnóstwo, w pewnym momencie widzisz je z każdej strony, gdzie tylko okiem sięgnąć otaczają cię wodospady. Jest to miejsce szczególne ze względu na przyrodę. Bujna zieleń, ogłuszający szum spadającej wody i lekka mżawka ciągle towarzyszy zwiedzającym. Trochę wkurzała nas obecność mnóstwa turystów wałęsających się gdzie popadnie. Poniżej miejsca do którego spadają rzeki i tworzą następną rzekę. San Martin to wyspa w parku. Poszliśmy tam aby w końcu wypatrzeć słynnego ptaka Tukana, takiego z wielkim żółtym albo pomarańczowym dziobem. Dla ułatwienia tego z Bolka i Lolka. Nie chcieliśmy spotkać jaguara, który w 1997 roku napadł tu na jakieś dziecko, ale udało nam się, dosłownie 1 metr od nas zobaczyć wielka jaszczurkę. Ja się jakoś trzymałam, ale Filip bardzo spanikował. Jaszczurka stanęła na środku ścieżki i najwyraźniej nie miała ochoty ani uciekać, ani się wycofywać wręcz przeciwnie zaczęła dumnie pewnym krokiem podążać w naszym kierunku. Do tego jeszcze zostaliśmy sami, jakby nagle wszyscy turyści zapadli się pod ziemie. Postanowiliśmy nie zakłócać jej wędrówki i sami powolutku na pięcie się odwróciliśmy i rura z powrotem. Została nam jeszcze do zobaczenia Diabelska Gardziel, największy z wodospadów. Ciągle , po cichu myśleliśmy o spotkaniu z bajecznym ptakiem Tukanem. Stwierdziliśmy że wyprawa na wodospady będzie nieudana jak nie zobaczymy Tukana. Juz prawie zwątpiliśmy, kiedy to cos pomarańczowego mignęło nam przed oczami. Jest ! Udało się zobaczyć ptaka prosto z bajki..